Maamooo, włącz mi bajkę bo sie nudzę!

Znam dwie grupy rodziców – takich, którzy faktycznie dawkują dzieciom bajki w telewizji i takich którzy tylko mówią, że tak robią, w praktyce nie mając nad tym żadnej kontroli. Rodziców małych dzieci, którzy nie posiadają telewizora z powodu świadomego wyboru nie znam, albo nie wiem, że znam.

Podłoże tych pierwszych dwóch rodzicielskich postaw jest bardzo podobne i wynika z poczucia winy, że czas, o którym trudno mówić, że jest wolnym, ale jednak jest tym momentem w ciągu dnia, w którym się aktualnie czynnie nie zarabia pieniędzy, to czas, który trzeba z dzieckiem wykorzystać czynnie i tylko czynnie. Inaczej się go marnuje (i czas i dziecko).

A jeśli poddawać się coraz to nowym trendom, w których z coraz młodszymi dziećmi wspólnie robi się już niemal wszystko – od prowadzenia biznesu z dzieckiem na kolanach, po chodzenie do kina na seanse przeznaczone dla rodziców z niemowlakami, na wspólnym bieganiu,  z oczywiście przystosowanym do tego celu wózkiem, kończąc, to wypowiedzenie dziś na głos „WŁĄCZAM DZIECKU BAJKĘ ŻEBY MIEĆ CHWILĘ SPOKOJU” to prawie jak poddać się pod publiczny lincz na własne życzenie.

Presja na zapewnianie dzieciom wrażeń, dostarczanie nowych przy tym ambitnych i jednocześnie atrakcyjnych bodźców, mających służyć ogólnie rozumianemu rozwojowi jest już tak rozbuchana, że nawet zwykła i cudowna z założenia nuda stanowi dziś poważne rodzicielskie zaniechanie i grzech „zaniedbywania” dziecka.

Czy rodzice, którzy pozwalają by ich dzieci oglądały bajki powinni się czuć winni?

„To zależy ile jest tych bajek. Według psychologów, których nikt nie słucha, dzieci 2 i 3-letnie nie powinny oglądać bajek w ogóle. W przypadku pierwszego dziecka znaczące ograniczenia dostępu jest łatwe i możliwe, ale gdy w domu jest starsze rodzeństwo, które bajki oglądać może, sprawa się komplikuje. Warto wypracowywać kompromisy i jeśli już – oglądać z młodszymi dziećmi bajki wspólnie. Po pierwsze dlatego żeby wiedzieć, co w tej bajce jest, po drugie żeby uświadamiać dziecku na bieżąco, że to co widzi nie
dzieje się naprawdę. Małemu dziecku trudno jest zrozumieć różnicę pomiędzy bajkową fikcją a realnym światem i ten brak dystansu jest jednym z istotnych zagrożeń jakie bajki z sobą niosą” – uważa Małgorzata Muszyńska, psycholog i dyrektor Niepublicznego Przedszkola Milusin www.milusin.pl w Warszawie.

„Jeśli już jednak decydujemy się na włączanie bajek małym dzieciom, pilnujmy przynajmniej, by były to bajki proste, których akcja dzieje się wolno i jest jednowątkowa, tak jak np. w starych polskich bajkach, np. „Reksio” czy „Bolek i Lolek” – doradza psycholog.

„Rodzice powinni czuć się winni tylko wówczas, gdy nie mają żadnej refleksji i kontroli nad tym co i w jakich proporcjach oglądają dzieci. Jeśli mają na to jakiś pomysł i wiedzą, po co dziecko ogląda tę bajkę, to pewnie można to obronić” – dodaje Małgorzata Muszyńska.

„Znacznie gorzej wygląda sprawa udostępniania dzieciom tabletów i podobnych urządzeń, które coraz częściej stawią po prostu „zapchaj dziurę”, dzięki której rodzic ma gwarancję spokoju przez dłuższy czas. I pomijając całą masę dodatkowych treści w postaci np. gier, dziecko tkwi w bezruchu, często w niewłaściwej pozycji, powodującej nadwyrężenie niektórych mięśni. I to właśnie kolejne działanie niepożądane. Oczywiście przy zachowaniu właściwych proporcji, czyli 15-20 minut dziennie, nic złego się nie dzieje,
jeśli po tym czasie dziecko spędza czas np. na świeżym powietrzu – dodaje psycholog.

Zdaniem Małgorzaty Muszyńskiej podłożem zajmowania dzieci tabletami i telefonami przez dorosłych jest lęk rodziców, że dzieci się nudzą.

„Nuda jest konieczna do rozwoju tak samo jak bycie zajętym. Może się zdarzyć, że pomysły na jakie dziecko będzie wpadać podczas tego nudzenia się, mogą nam się nie spodobać, ale na pewno będą to pomysły twórcze, które będą motywować komórki mózgowe do pracy we właściwym kierunku” – uważa
psycholog.

„Zadaniem dorosłych jest w takiej sytuacji zapewnić bezpieczeństwo, by ten pomysł nie był istotnym zagrożeniem. Jeśli dziecko tylko wałkuje się na dywanie należy mu ta to pozwolić. Jeśli wciąż powtarza „nudzę się”, to trudno. Po okresie takiej nudy wspólny spacer będzie z pewnością większą atrakcją niż ten sam spacer, który miałby przerwać np. pasjonującą grę na tablecie – dodaje Małgorzata Muszyńska.

„Rodzicom polecam szczególnie książkę „Cyfrowa demencja” autorstwa Spitzera Manfreda, który opisuje przykłady, jak bolesne skutki w rozwoju dzieci i ludzi młodych niesie za sobą bezrefleksyjne poddawanie się trendom i nowym technologiom. Myślę, że warto korzystać z doświadczeń społeczeństw bardziej rozwiniętych technologicznie niż my i uczyć się na ich błędach” – sugeruje psycholog.

Autor dowodzi, że dzieci „pokolenia tabletowego” to dzieci wielozadaniowe, które potrafią przetwarzać jednocześnie wiele informacji. Do nabierania takich właśnie umiejętności tablety i inne podobne urządzenia skłaniają. Ale to przetwarzanie jest bardzo płytkie i powoduje, że później jest bardzo trudno zainteresować dziecko czymkolwiek głębiej. Tzn. dzieci potrafią zbierać wiele powierzchownych informacji bez potrzeby faktycznego zgłębiania wiedzy.

„I to są naprawdę smutne wnioski. Dzieci po takim wielozadaniowym treningu trudno jest zainteresować dogłębnym badaniem zjawisk. Widać to dobrze w czasie prowadzenia projektów badawczych z dziećmi. Projekt badawczy w swej istocie służy pogłębieniu wiedzy. Dziecko wielozadaniowe tylko zaspokaja
pierwszy głód, gdy już trochę wie porzuca zadanie dla kolejnego, równie
powierzchownego.” – dodaje Małgorzata Muszyńska.

Dzieci powinny być „technologicznie sprawne”, ale nie chodzi o to by te technologie wypełniały cały dziecięcy świat. Powinny być tylko jednym niewielkim jego fragmentem – dodaje psycholog.

Powrót