Wychować i nie zwariować – czyli jak sobie poradzić w życiu na ciągłym standby’u.

 Fot. Łukasz ŁukawskiMacierzyństwo rozumiem jako etapowe czuwanie z udziałem całego wachlarza emocji. Z czasem zmienia się jedynie środek ciężkości tego czuwania. Obserwując moją Mamę i inne mamy, których dzieci są starsze od moich, emocjonalne zaangażowanie wcale tak bardzo nie maleje z czasem, jak mi się wydawało do niedawna. To trochę tak, jak z otwieraniem się nowej galerii w mieście – ta, która była najmodniejsza dotychczas, pustoszeje w momencie otwarcia nastepnej.

Przy małych dzieciach tematy wiodące to: kolki, szczepienia, nieustanne wizyty u specjalistów, ząbkowanie, pierwsze samodzielne kroki, trudne początki w przedszkolu itd. Przy starszych dzieciach to sukcesy i porażki w szkole, emocje związane z rozmaitymi konkursami, egzaminami i innymi, ważnymi wydarzeniami w życiu osobistym.

To dlatego pewnie uczucie podwyższonej adrenaliny, to stan dobrze znany każdej kobiecie-matce.

Gdybym miała wymienić kilka zasad, które w codziennej gonitwie za własnym ogonem ułatwiają mi akceptowanie tego stanu, brzmiałyby one tak:

Odpuszczam sobie, gdy mam dość

Czasem sobie odpuszczam, bo trzeba, zazwyczaj wtedy, gdy mam za siebie dobry backup w postaci najbliższych. Potrafię wtedy paść na kanapie jak kłoda i przespać kilka godzin w ciągu dnia nieprzytomnie. A przecież jestem na wychowawczym i nie pracuję…Gdyby jednak poskładać do kupy wszystkie czynności, które wykonuję w ciągu dnia, to okazałoby się, że „urlop” wychowaczy to fizyczna praca na półtora etatu w ciągu dnia i dodatkowe pół, w ciągu nocy. Taka rzeczywistość przy małych, kochanych Szkrabach:). O innych atrakcjach, takich jak choćby trwające tygodniami choroby,  szerzej nie wspomnę. Każda z nas wie i ma tak samo…pewnie. Miewam kryzysy i spadki formy, ale już nie czuję winna z tego powodu. Informuję wtedy domowników, że mam kiepski dzień i prosze o wyrozumiałość. W końcu człowiek to nie nakręcana zabawka.  Czasem pozwalam sobie na polskie tradycyjne narzekanie:)

Cieszę się z małych rzeczy i drobnych sukcesów moich i dzieci, bo tych ogromnych radości jest na co dzień niewiele.

Szanuję siebie i dzieci. Tłumaczę, tłumaczę i słucham. Mam nadzieję, że nie tylko słucham, ale i słyszę. Nauczyłam się, że czas to nie zawsze pieniądz i nawet najbardziej odlotowy prezent zawsze przegra ze wspólną zabawą i aktywnym zainteresowaniem rodziców. Dlatego chętnie korzystamy z pobliskich placów zabaw i parków. Odkurzyliśmy rowery. Galerie handlowe omijamy szerokim łukiem. Jeśi już musimy z jakiegoś powodu odwiedzić takie miejsce z dziećmi, główną atrakcją są lody, a nie rajd po wszystkich sklepach. Przy pierwszym dziecku było trochę inaczej. Po latach pracy w towarzystwie dużej grupy ludzi na co dzień, jak powietrza potrzebowałam towarzystwa dorosłych, nawet jeśi byli to tylko przypadkowo mijane osoby. Teraz wybieram miejsca przyjazne nie tylko dzieciom, ale też nam-dorosłym. Chodzi wspólne zadowolenie i miły dzień dla wszystkich. Na szczęcie takich miejsc jest coraz więcej.

Ułatwiam sobie to, co mogę. Do obowiązków, zwłaszcza tych których nie lubię, wykorzystuję złotą myśl mojej Mamy – „jeśli czegoś nie lubisz, spróbuj to pokochać”. Nie byłabym sobą, gdybym nie próbowała czegoś zmodyfikować w tym zakresie. Dlatego moja złota myśl to „jeśli czegoś nie lubisz, spróbuj to sobie ułatwić”. W dzisiejszych czasach to nie problem.

Wspieram się mądrymi i życzliwymi ludźmi. Unikam takich wiecznie niezadowolonych, po spotkaniu z którymi mam wrażenie rozładowanych baterii.

Im mniej tym więcej - to też zaczerpnięte od mojej Mamy.

Teraz już „odgruzowuję” a nie zagracam swój dom. Otaczam się przedniotami, które faktycznie ułatwiają mi życie. Lubię rzeczy genialne w swojej prostocie i wielofunkcyjne. Najlepiej żeby przy tym nie kosztowały majątku. Producenci wszelkiego rodzaju gadżetów dla dzieci prześcigają się w młuceniu naszych kieszeni na każdym kroku.  Ponoć matce, która ma pierwsze dziecko, można wcisnąć wszystko. Nie byłam outsiderką w tym zakresie. I dziś, gdy nadal przekładam z kąta w kąt grające zabawki za setki złotych i masę nikomu niepotrzebnych drobiazgów, złoszczę się strasznie, że przepuściłam na to tyle kasy. Teraz zanim coś kupię zastanawiam się kilka razy. Racjonalizuje wydatki, ale starm się nie popadać w skrajności.

Konsekwentnie realizuję swój pomysł na wychowywanie dzieci

Dzieciaki wychowujemy zgodnie z własnymi wartościami, również tymi wyniesionymi z domów, wzbogacając cały proces zasadami panującymi w „Milusinie”, Niepubliczym Przedszkolu w warszawskim Wawrze. Moje starsze dziecko spędziło tam 3 lata. Teraz przyszedł czas na młodszą Pociechę.  To jedno z takich miejsc, które na co dzień faktycznie wspiera rodziców. Od mądrych pracujących tam ludzi dużo się wszyscy nauczyliśmy.

Myślę pozytywnie

Jestem pozytywnie nakręcona na macierzyństwo. Daje mi to dużo frajdy. Zwłaszcza wtedy gdy moje pomysły na rozwiązanie różnych promlemów przynoszą oczekiwane efekty. Do trudnych spraw podchodzę zadaniowo. Przekonałam się, że to w dużej mierze ode mnie (czy chcę czy nie chcę)  zależy głównie klimat w domu i emocjonalny stan dzieciaków. Jeśli Maluchy traktowane są po partnersku, bez ciągłego przeganiania z miejsca na miejsce (nie ruszaj, odejdź, nie przeszkadzaj, itp) szanując przy tym dziecięce możliwości fizyczne i psychiczne, symbioza i dobre współistnienie w obrębie jednego mieszkania czy domu są możliwe.

Nie planuję wszystkiego i zawsze

W przeciwieństwie do moich znajomych z „Warszawki” nie poddaję się ciągłemu planowaniu. Działam spontanicznie, zwłaszcza w zakresie weekendów.  Przestałam naginać siebie i nasze dzieci do inych ludzi. Robimy to co chcemy albo nic nie robimy jeśli nam się nie chce…

O i taka to cała filozofia całkiem zadowolonej mamy:)

 

 

 

 

 

 

 

 

Powrót