Wprost: „Urlop z dzieciakiem – granice bezstresowego wychowania”

„Marzena, 32-letnia mężatka z Krakowa, dzieci lubi, choć własnych na razie mieć nie chce. Właściwie lubiła, aż do tego lata” – pisze tygodnik.

„Wiedziałam, że jadąc nad polskie morze, od nich nie ucieknę. W końcu plaża to ich raj” – opowiada gazecie.”Ostatnio nad morzem była pięć lat temu i maluchy wcale jej nie przeszkadzały. Ot – wesołe dzieciaki budujące zamki z piasku. Ale Marzena dodaje po chwili: – W najgorszym koszmarze nie przypuszczałam, że przez ostatnie lata tyle się zmieniło, a ze słodkich szkrabów wyrosły potwory” – relacjonuje tygodnik.

„Zaczęło się od pierwszego dnia. Plaża w Dębkach, główne zejście. Całą paczką znajomych rozłożyli ręczniki. Parawanu nie brali, nie lubią się izolować.  - Jako nieosłonięci staliśmy się łatwym celem. Byliśmy niczym rycerz z otwartą przyłbicą, przyjmujący kolejne ciosy” – relacjonuje tygodnikowi.

„Najpierw z błogiego opalania wyrwał ich kubeł zimnej, morskiej wody bez pardonu wylany na nich przez zgraję dzieci, które uznały to za świetny żart. Gdy zerwali się na równe nogi, już ich nie było. Uciekły. Rodziców też nie było widać. Nikt nie przeprosił, nie upominając pociech. Dorosłych opiekunów nie było też wtedy, kiedy na widok otwieranych delicji, maluchy zleciały się zza okolicznych parawanów, objadając ich ze wszystkich zapasów zabranych na plażę – słodyczy, owoców, nawet kabanosów i kanapek. Nie protestowali. Wszystko oddali – sami nie zjedli, w końcu dzieciom się nie odmawia. – Nie wytrzymaliśmy, kiedy uderzył w nas latawiec, a za nim przybiegło czterech chłopców z wojennym okrzykiem „pierdzisz w słoik, pierdzisz w słoik”, tratując nas i wylewając sześć piw. Obok stali tatusiowie, też z butelkami w dłoniach. Widzieli zajście, ale szybko odwrócili się na pięcie i zniknęli za parawanami. Wtedy skapitulowaliśmy. Zeszliśmy z plaży – opowiada bohaterka tekstu  ”Wprost”.

„Drugiego dnia, plaża w Dębkach, ale dzika. 30 minut drogi po wydmach od głównej części. Zdawałoby się – z dala od dzieci. Przezornie wzięliśmy ze sobą parawan, do picia tylko piwo w puszkach, zero słodyczy czy soków. Było spokojnie do czasu.  - Pewna mama uznała, że nasz parawan to doskonała zasłona dla siusiających dzieci. „Wysadziła” więc dwóch synków. Obsikali nam parawan, tuż przy mojej głowie – mówi Marzena. Tym razem nie ustąpiła. Zwróciła uwagę matce, która przecież sama zachęcała synów słowami „siusiu” do załawienia się właśnie w tym miejscu. – Usłyszałam, że się czepiam , bo to przecież tylko dzieci i lepiej, żeby sikały na piasek niż do morza. I że gdybym sama miała takie rozkoszne maluchy, to bym się tak nie mądrzyła – opowiada Marzena tygodnikowi.

Autorka tekstu: Agata Jankowka

Tekst w całości: Tygodnik Wprost, nr 31, 28.07-3.08.2014

Komentarz maamooo: Bardzo dobry tekst, choć rodziców po głowach nie głaszcze. Sama spędzam wakacje z dziećmi nad jednym z polskich jezior i jestem naprawdę przerażona samowolką dzieci i znieczulicą rodziców na okropne wręcz zachowania pociech. Równie drastyczny obraz „polskiej rodzinki na plaży” co w tekście „Wprost” wyłania się również tu, na wschodzie. Omijam weekendy na plaży z dala, bo wtedy juz kompletnie brakuje nie tylko miejsc na ręczniki, ale przede wszystkim kultury współprzebywania w miejscu publicznym…dramat.  Naprawdę współczuję ludziom, którzy chcą „odpocząć” na plaży bez dzieci.

Powrót